Dzień dziesiąty WAPM 2017

Ciężkim przeżyciem było dla większości pątników słuchanie ostatniej pielgrzymkowej poczty, przeżywanie ostatniego apelu w Jaskrowie, a już w ogóle najcięższym momentem był ostatni, mroźny poranek na 37 WAPM. „Zieloni” wstali około godziny 4, złożyli namioty i zaspani, ale też podekscytowani wyruszyli z Jaskrowa na Jasną Górę.

Nie ma dziwniejszego dnia na warszawskiej pielgrzymce niż 14 sierpnia. Można odnieść wrażenie, że to jedyne chwile, w których wypełnieni salwatoriańską radością pielgrzymi zaczynają tęsknić za każdym krokiem jaki tego dnia wykonują. Mijając przeprośną górkę chcą się zatrzymać i koniecznie przytulić najbliższych, ale i tych których w jakiś sposób się uraziło podczas ostatnich 10 dni. Z każdym metrem w każdym „zielonym” ekscytacja rośnie współmiernie ze smutkiem. Różne słowa i myśli pojawiają się w głowach pątników, ale chyba nastrój jaki panuje ostatniego dnia opisują te słowa:

    „Liczy się każda chwila, którą można spędzić z bliskimi – póki jeszcze są tutaj. Za chwilę będzie za późno. Tak mało czasu zostało. Za mało, za mało czasu, żeby z każdym porozmawiać, żeby odpowiedzieć na całą tę miłość, żeby ogarnąć wszystkie te potrzeby, żeby zadbać o każdego, kto tego potrzebuje(…).”

Kiedy „Zieloni” dochodzą pod wały jasnogórskie zawsze są głośni. Następuje apogeum radości, eksplozja tej ekscytacji, którą gromadzili przez te wszystkie dni. W tym roku grupa głośnymi okrzykami zaznaczyła swoją obecność, a następnie przeszła pod cudowny obraz, aby spojrzeć w oczy Maryi. Ktoś, kto odważyłby się opisać, co dzieje się w kaplicy przez te kilka chwil, mógłby się uważać za najbardziej bezczelnego człowieka na Ziemi. Żadne słowa nie oddadzą tej miłości, którą widać w jej oczach. Ma się wrażenie jakby na chwilę ona łapała cię za rękę i tłumaczyła każdy trud pielgrzymki, a Bóg łapie cię za ramię i szepczę: „Synu, oto Matka twoja”.

Warszawską Akademicką Pielgrzymkę Metropolitarną w 2017 roku zakończyła msza, której przewodniczył kard. Kazimierz Nycz. Po niej część osób rozjechała się do domów. Wiele było łez, wzruszeń, pożegnań. O ile wcześniej eksplodowała radość, o tyle teraz do głosu doszła tęsknota. Całe nasze życie to piękna, ale też trudna droga. Trzeba być świadomym, że nawet najpiękniejsza chwila minie, zostawiając ślad w naszych sercach. Pokazując, że nasz trud ma sens i że jest na prawdę cudowny.

Uwierzcie, że chciałbym napisać coś więcej. Tak, żeby ta relacja się nie kończyła, a nawet jeśli, to jutro chciałbym wyjść na szlak i znosić tych hałaśliwych, dziwnie wyglądających ludzi. Niestety kolejna pielgrzymka dobiegła końca, czas na bardzo długi postój i kolejne ciężkie etapy. Tym razem bez białoruskiego akcentu i porządkowych łatających dziury, ale na pewno z tą, która nosiła Zbawiciela pod sercem i z tym, który nasze imiona ma wyryte na dłoniach. Do zobaczenia na pielgrzymim szlaku!

ZOBACZ ZDJĘCIA

ZOBACZ FILM